Życie dla innych – historia Pani Igi i jej azylu
„Powiem szczerze, że po śmierci pani Atsuko Ogawy byłam przerażona. Zostałam ze wszystkim sama w Centrum Kultury Japońskiej, gdzie nagle zabrakło nauczyciela języka japońskiego i gry na fortepianie, a także moich festiwali, które organizowałam, tudzież koncertów – nie tylko w Polsce, ale i poza jej granicami.
Wiadomo, to były dobre pieniądze i mogłam wtedy, zupełnie anonimowo, prywatnie – w moim ogrodzie, w moich domkach i w moim domu – ratować zwierzęta, nie patrząc na koszty. Nawet czułam się dumna z siebie, że nie żeruję na zwierzakach, tylko wręcz przeciwnie – za własne, zarobione pieniądze je leczę i utrzymuję. Zawsze kupowałam karmę z wysokiej półki, na przykład Husse, Royal Canin czy Wiejską Zagrodę.
To była podstawa moich karm, no i oczywiście moje słynne rosołki. Tak rozbestwiłam moje psiaki, że nie chcą jeść żadnej innej karmy. Ale były momenty, kiedy brakowało na wszystko – nawet na media. A wiadomo, że codziennie pralka chodzi co najmniej 2–3 razy, żeby wyprać kocyki.
Moje wszystkie domki mają woliery. Pada deszcz – one też chodzą, dobrze się hartują, wąchają deszcz, dotykają mokrych liści. Mają namiastkę naturalności, bo nie przebywają wyłącznie w zamkniętych pomieszczeniach. Mają także zamkniętą, ale naturalną przestrzeń – swoje ogródki.
Jestem osobą szalenie konsekwentną – jeśli czegoś się podejmę, kontynuuję to przez wiele, wiele lat. Czasami mówi się w Polsce, że ktoś ma słomiany zapał – to nie ja.
Zaczęłam ratować zwierzęta jako dziecko, ale już tak dojrzale i poważnie – w latach 90. I trwa to do dzisiaj, pomimo że koleje losu bywają niekorzystne. Mnie osobiście bywa gorzej, ale robię wszystko, żeby zwierzaki tego nie odczuły. Staram się nie obniżać ich poziomu życia, pomimo że wpłaty są, jakie są, i brakuje tych symbolicznych 20 tysięcy miesięcznie na sto kilkanaście zwierząt. To są również jeże kalekie, ptaki wyrzucone z gniazd – może przez wiatr, ale często bite, kopane, a nawet ze związanymi razem nóżkami. Takie przypadki znajduję na naszych przemyskich ulicach.
Mam żółwia uratowanego od stuprocentowej śmierci – ktoś myślał, że on zasnął, a on wcale nie spał, tylko był niedożywiony.
No i to nagminne wyrzucanie psów i kotów, szczególnie kocich miotów. Mioty potrzebują natychmiastowego ratunku. Te nieszczęsne matki, które muszą rodzić, szukać pożywienia, zostawiać małe… wracają i często już ich nie znajdują żywych. Nie wyobrażam sobie, co te matki czują.
Przykro mi to mówić, ale uważam, że w ostatnich latach nasiliły się okrucieństwa w stosunku do ludzkich dzieci. I dochodzę do wniosku, że niektóre ludzkie matki powinny się uczyć miłości i szacunku do swoich dzieci właśnie od matek psich i kocich.”
Iga Dżochowska
